czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział IV

- Witajcie, moi drodzy. Nazywam się profesor McGonagall i będę was uczyła przedmiotu jakimi są zaklęcia.
Ślizgoni i Gryfoni przysłuchiwali się kobiecie, która przed chwilą z kota, zmieniła się w człowieka. Wszyscy byli zaciekawieni lekcją, oprócz Hermiony. Ta siedziała wyprostowana, przyglądając się nauczycielce.
- Dzisiaj nauczymy się zaklęcia lewitującego - poinformowała z uśmiechem. Jej wzrok zatrzymał się na Hermionie, która przypomniała jej całą wczorajszą sytuację-Dobrze... Najpierw ruchy różdżki.
- Obrót i trach... - wyszeptała Hermiona.
- Obrót i trach-powiedziała profesor, pokazując wszystkim ruch swojej różdżki - Teraz wszyscy razem.
Ślizgoni wraz z Gryfonami powtarzali to co nauczycielka kazała im zrobić. Po krótkiej chwili, jedno pióro poleciało w powietrze.
- Ale ja jeszcze nie podawałam zaklęcia... - McGonagall chwyciła się za głowę i spojrzała w głąb uczniów. Wyłoniła Hermionę, która siedziała wyprostowana z uśmiechem na ustach, w jednej ręce, trzymając różdżkę, którą podtrzymywała pióro.
- Em... Panno Granger - zaczęła, a Hermiona spuściła wzrok na zaskoczoną nauczycielkę. Zarumieniła się i zdała sobie sprawę z tego co robi. Powinna przynajmniej poczekać do momentu, kiedy McGonagall poda wszystkim zaklęcie. Choć chciała się wszystkim pochwalić, że w tym wieku potrafi wyczarować patronusa, musiała się wycofać. Byłoby to za bardzo podejrzane. McGonagall w końcu zaczęła mówić dalej - Widzę, że w domu nauczyłaś się tego zaklęcia... - ciągła - Tak... Brawa dla panny Granger. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Gryfoni zadowoleni zabrali się do rzucania zaklęć, a ślizgoni z minami prosto z pogrzebu również wzięli się za to. Hermiona nagle pomyślała, że jej wyczyn to nic takiego. Przed zajęciami w pierwszej klasie i tak znała to zaklęcie. Tak samo z lumos i alohomorą.
*
Przed kolejną lekcją miała jeszcze dobry kwadrans, więc wyszła na podwórko. Większość pierwszoklasistów jeszcze szukała klasy, w której mają się odbyć eliksiry. Hermionę ciekawiła lekcja ze Slughorn'em. Przed śmiercią Dumbledore'a uczył ją około rok. Choć wiedziała wszystko to jednak faworyzował Harry'ego. Pewnie dlatego, bo był wybrańcem.
Nagle do Hermiony podszedł młody chłopak o czarnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach. Oczywiście. To był Snape. Dziewczyna skrzywiła się, kiedy usiadł obok niej.
- Tyle razy się już widzieliśmy, a nadal się nie znamy. Severus Snape - odparł podając jej dłoń.
- Hermiona... Hermiona Granger - prychnęła, nie podając mu dłoni. Ten przewrócił oczami.
-Wiem, wiem. Jestem w końcu ślizgonem, a genialne gryfonki nie odzywają się do naszych wspaniałych umysłów - odparł. Hermiona zrobiła wielkie oczy - Ale ty jesteś jakaś inna... Krew? - spytał, mrużąc swe czarne oczy.
- Mugolaczka... - szepnęła.
- Ja półkrwi. Mam pytanie.. - stwierdził tajemniczym głosem - Skoro jesteś mugolaczką, to skąd wiesz o zaklęciu wyciszania, którego uczymy się dopiero w trzeciej klasie? - zapytał. Hermiona otworzyła buzię. Ten zdrajca był już przebiegły za czasów pierwszej klasy. Dupek.
- Skąd ty to wiesz?
- Nie jestem idiotą jak wszyscy Gryfoni i Puchoni razem wzięci - stwierdził. Głos największego postrachu Hogwartu przed mutacją brzmiał naprawdę śmiesznie.
- Niby jesteś taki genialny, a nie pomyślałeś, że mogłam przeczytać książki do następnych klas - powiedziała, zerkając na jego szyję. Miał na niej jakąś bliznę. Jakby ktoś pociął go nożem. Pewnie już wdał się w grono śmierciożerców.
- Cóż, biorąc pod uwagę to, że jesteś mugolaczką, a pieniądze dostaje się co roku na określoną liczbę książek i przedmiotów, stwierdzam, że raczej nie miałaś dostępu do podręczników klas starszych - zasyczał.
- Dalej nie myślisz - stwierdziła poddenerwowana Hermiona - Mamy dostęp do biblioteki w szkole.
- Ciekawe, jesteś tutaj od dzisiaj i w pięć minut nauczyłaś się tego zaklęcia? Do tego sama? Bez pomocy nauczyciela? Dla czarodzieja twego pokroju jest raczej zaklęciem na poziomie zaawansowanym.
- Szybko się uczę - warknęła. Gdyby mogła to by go zabiła. Ten zdrajca, ten morderca, ten... Hermionie brakowało słów do jego osoby. Nie wiedziała co Lily Potte... Evans w nim widziała. Nie zasługiwał na miano znajomego, a co dopiero przyjaciela. Z chęcią odradziłaby jej tej przyjaźni, ale nadal nie wie czy ma wpływ na przyszłość.
Merlinowi dzięki, właśnie zabrzmiał dzwonek. Szybko wstała i zaczęła biec do lochów. Severus siedział jeszcze przez chwilę, a zaraz podbiegła do niego zdezorientowana Lily. Snape przybrał swój obojętny wyraz twarzy.
- Sev... Severus... - zaczęła zdyszana - Wiesz... gdzie są te lochy? Chodzę po całej szkole i nigdzie ich nie ma...
Chłopak jedynie podniósł się i lekko uśmiechnął.
-Mogę cię odprowadzić-stwierdził, podając jej ramie. Ta odwzajemniła uśmiech, chwyciła go i zdała się na niego. Już za chwilę stali przed drzwiami lochów.

1 komentarz:

  1. Rozdział jak zwykle świetny. Bardzo mnie ciekawi co Severusa tak zainteresowało w Hermionie...

    OdpowiedzUsuń